Krzysztof Leski rzucił propozycję, żeby przypomnieć w S24 dowcipy stanu wojennego, zabawne sytuacje itp. A ja obiecałem mu wczoraj, że coś napiszę. Zatem - do roboty!
UWAGA! Kaskę (Pyzola) uprasza się o ominięcie tego tekstu, który psuje martyrologię zakazanym śmiechem... ;-))
Historia pierwsza.
16 grudnia 1981 r., Stocznia Gdańska im. Lenina, przed świtem. Czołg już staranował bramę nr 2 (tę słynną, koło Pomnika), na stocznię wpadają zomowcy, dochodzi do szarpaniny. Stojąc na drabinie przy płocie stoczni, skryci w cieniu drzewa, polewamy z przyjacielem Mirkiem M... Mniejsza-O-Nazwisko... ZOMO-wców tworzących szpaler wokół stoczni. Hydrant przeciwpożarowy obsługuje inny Mirek.
Grozi nam odcięcie od swoich, zatem w pewnym momencie kończymy śmigus-dyngus i zgodnie z nawoływaniami "na remontówkę! Wycofujemy się na remontówkę!" - zasuwamy w stronę pontonowego mostu, oddzielającego mieszczącą się na wyspie Stocznię Remontową im. Józefa Piłsudskiego (nadanie nazwy odbyło się 11.XI.1981) od Stoczni Gdańskiej im. Lenina... :)
Na końcu mostu, na wyspie, widać już potężny tłum ludzi, którzy ewakuowali się przed nami. Most cały "chodzi" wte i wewte, bo jakiś dobry człowiek uruchomił mechanizm składania całego ustrojstwa. Jednak do złożenia mostu potrzeba wyjąć najpierw spajające poszczególne elementy wielkie, żelazne zwory. Dwie zwory jeszcze siedzą w otworach i dlatego most "pracuje" jak wściekły.
Biegniemy z Mirkiem na szarym końcu i słyszymy wołanie: "Zwory! Wyjmijcie zwory!!!" OK, mówisz i masz, jest tylko ten kłopot, że zwory przymarzły na amen... Szarpiemy się z nimi jeden na jednego i dwóch na jednego, ale kicha. Cały czas słychać jakieś huki, strzały, warkot helikoptera - zadyma na całego.
W pewnym momencie ktoś przekrzykuje ten hałas: "UWAGA!!! ZOMO idzie!!!" Faktycznie - w naszym kierunku zasuwa szpaler ciężkozbrojnych zomoli, których tak pięknie opisał Janusz Szpotański:
A oto nagle: któż to kroczy?
Tłum frankensteinów widzą oczy.
Łapska ogromne, móżdżek - tyci.
To nowa rasa jest - zomici.
wyhodowana w jednym celu:
by wszystkich bili w PRL-u.
Patrzymy po sobie, ale ponieważ żaden z nas pierwszy nie chce czmychnąć - szarpiemy się dalej ze zworami - na środku pontonowego mostu, pomiędzy tłumem kibicujących nam ludzi, a zbliżającą się kohortą zomitów...
Pyk! Pssss... - blisko przeleciała puszka z gazem i sycząc wpadła do kanału. Druga spadła bliżej, ale Mirek wprawnym kopnięciem posłał ją w ślad za pierwszą. Robi się coraz bardziej gorąco...
I teraz clou - nadchodzi odsiecz, ale jaka! Tłum "kibiców" nie wytrzymał nerwowo i ruszył na ZOMO jak kawaleria Stanów Zjednoczonych, naparzając w zomitów... śnieżkami! I wiecie co? Zomici dali drapaka...! :) Cóż, częstowani dotąd koktajlami Mołotowa i brukowcami zareagowali zgodnie z wyrobionym odruchem :)
Most został utrzymany, a nawet złożony, bo viribus unitis udało się wyciągnąć zwory. Poddaliśmy się i poszliśmy do niewoli dopiero kilkanaście godzin później.
Historia druga.
Uniknąwszy sankcji prokuratorskiej i dzięki wielkiemu zaangażowaniu księdza proboszcza ze Starogardu Gdańskiego (Bóg zapłać!), wyszedłem z poniemieckich murów więzienia na ul. Kościuszki z kilkunastoma innymi osobami. Uczelnia jeszcze nie działała, ale i tak po pierwsze musiałem dać znać Mamie, że żyję.
8 lutego 1982. Uniwersytet Gdański, jako ostatni (wraz z trzema innymi uczelniami) wznawia zajęcia. Ciągle jeszcze rektorem jest "solidarnościowiec" prof. Głębocki. I podobno nikogo z nas nie wyrzucono, zatem jadę na Przymorze zobaczyć się z innymi elementami antysocjalistycznymi...
Odnajduję jednego z bossów wydziałowego NZS-u, Marka Mniejsza-O-Nazwisko, zwanego popularnie "Schabowym" (leszek.sopot też go zna - jeśli masz jakiś kontakt z Markiem - pozdrów go serdecznie!). Okazuje się, że jest tzw. "temat" - za parę dni druga "miesięcznica" wprowadzenia stanu wojennego i trzeba sypnąć na Mat-Fizie i Humance ulotami. Tylko najpierw trzeba je odebrać od łącznika z drukarni i dostarczyć do budy. Podejmuję się, rzecz jasna.
Gryplan jest taki - po 6-tej rano mam stać na pierwszym przystanku za pętlą tramwajową w Oliwie z czapką i "Dziennikiem Bałtyckim" w ręku. Gdy pojawi się łącznik, zapyta mnie, gdzie kupiłem gazetę, na co mam odpowiedzieć, że w kiosku na pętli. Następnie gościu poprosi mnie o zapałki i zapyta, czy mam rozmienić dychę po dwa zety... Nic mnie w tym momencie jeszcze nie śmieszyło...
12 lutego, piątek. Zrywam się po ciemku i półśpiąc zapagajam na punkt kontaktowy. A tu ZONK! W nocy nawaliło śniegu po kolana, jest chyba minus 20 stopni i zasuwa lodowaty wiatr od morza. Na myśl o zdjęciu grubej wełnianej czapki robi mi się słabo...
Przystanek, dochodzi szósta. Tłum ludzi przytupuje, podskakuje, chucha w dłonie i w ogóle robi wszystko, żeby nie zamarznąć. A tu nagle młody konspirator Freeman ściąga ostentacyjnie czapkę... Ludzie gapią się jak na czuba i na wszelki wypadek odsuwają na większą odległość... Czuję się jak idiota i zaczyna wzbierać we mnie głupawkowy śmiech :) Rozglądam się dyskretnie i błagam niebiosa, żeby facet z ulotkami już dotarł, zanim umrę od mrozu.
ZONK nr 2! Od strony pętli nadciąga Tomek Mniejsza-O-Nazwisko, ksywa "Harcerz". Siedzieliśmy razem na Kościuszki, dopóki nas nie rozparcelowali po innych pokojach gościnnych... Ksywa Tomka uzasadniona, bo ze stoczni wzięli go 16-go grudnia w harcerskim mundurze... i teraz - mimo trzaskającego mrozu - Tomek w swoim rynsztunku - krótkie spodenki, getry, bluza mundurowa, czapka harcerska na głowie, a na plecach wieeeelki plecak ze stelażem! Chyba pierwszy raz w tym momencie parsknąłem śmiechem :)
Tomek zobaczył mnie (nietrudno było - jeden tylko taki głupek z gołą głową stał na przystanku) i ruszył w moją stronę. W ułamku sekundy naciągnąłem czapę i zacząłem rozcierać martwe już uszy. W tym momencie Tomek się zatrzymał i zaczął udawać, że czeka na tramwaj...
OK - ściągam czapę. Tomek podchodzi. Witam się: "Cześć Tomek, jak rany - dawaj co masz i spadamy, bo jestem już soplem lodu!" Na co Tomasz z kamienną twarzą: "Przepraszam, gdzie pan kupił 'Dziennik'?" Najlepszym dowodem, że nie umarłem wówczas od tłumionego śmiechu jest to, że piszę teraz te słowa.
Odegraliśmy całą "scenę z Klossa" do końca, po czym korzystając z zamieszania wywołanego przez zatrzymującą się na przystanku "12-tkę"przeniknęliśmy do bramy sąsiedniej kamienicy. Tutaj Tomek wypakował z plecaka dwie "wyzywająco zachodnie" w swej treści reklamówki, zawierające po parę kilo bibuły każda. To był przydział dla mnie. W chwilę potem Tomek ruszył w dalszą drogę z resztą ulotek, a po odczekaniu kilku minut i ogrzaniu się w sieni - do tramwaju wsiadłem i ja...
Przez te parę minut jazdy, jakie dzieliły mnie od Uniwersytetu śmiałem się do siebie z tej naszej "konspiry" jak szpak do sera. Ludność patrzyła jak na ćpuna, albo "wczorajszego", z wyraźną dezaprobatą w oczach...
I wiecie co? Ten śmiech uratował mi tyłek. Kiedy po raz kolejny ocierałem załzawione oczy, zauważyłem, że tramwaj właśnie rusza z przystanku, na którym zamierzałem wysiąść. Nie było zmiłuj - podjechałem jeszcze jeden, obok zajezdni i po wyjściu z tramwaju postanowiłem pójść na uczelnię "od tyłu", przez działki. I całe szczęście - tego dnia w przejściu podziemnym przy uniwersyteckim przystanku chyba cały pluton ZOMO wybebeszał studentom plecaki, torby i kieszenie. Podobno nawet zwinięto kogoś, kto miał przy sobie legalnie wydanego rok wcześniej Miłosza...
P.S. Tomek też miał szczęście. Dopiero rok, albo dwa lata później został zwinięty na dworcu w Warszawie, ledwo wysiadł z pociągu. Miał przy sobie parę kilo. Dostał chyba dwa lata...

P.S. 2. Tego dnia ukazał się weekendowy numer "Dziennika Bałtyckiego" z artykułem, o którym wspomniała 1maud w komentarzu pod postem Krzysia. Autorem artykułu o Amandzie Lear "Wracamy do płyt, o których się mówi" był Stanisław Danielewicz, którego WRON-a "nagrodziła" rocznym pobytem w areszcie i zakazem wykonywania zawodu.
Pierwsze litery akapitów układały się w słowa WRONA SKONA...
Po kliknięciu na miniaturce otworzy się czytelny skan artykułu (w nowym oknie przeglądarki). To jest skan z tego egzemplarza, który trzymałem w garści na przystanku tramwajowym w Oliwie...
Historia trzecia.
Gdańsk-Oliwa, pętla tramwajowa. Jest tak zwany "dzień targowy", wczesna godzina poranna. Na pętli czeka na swoje tramwaje ze dwie setki ludzi, wśród których kręci się parę ZOMO-wskich patroli.
W pewnym momencie w tłumie pojawia się typowa "babcia z warzywkami", jakich pełno na pobliskim ryneczku. Dzielne te kobiety dojeżdżały z okolicznych kaszubskich wiosek i były najlepszymi dostawcami świeżych witamin, hodowanych w schludnych, przydomowych ogródkach.
Babcia podchodzi do pierwszego patrolu zomowców i - jak każda przygłucha osoba - baaardzo donośnym głosem pyta:
- Panie okupant!!! Którędy na rynek?!!!
Tłum na przystanku wybucha homeryckim śmiechem. Kiedy paroksyzmy ustają - w promieniu wzroku nie widać ani jednego zomola :)
P.S. To była popularna rozrywka stanu wojennego - pytać burasów z ZOMO o jakąś ulicę lub instytucję. Lub o cokolwiek, co wymagało znajomości topografii miasta. Trzeba tylko było zachować kamienną twarz, a jeszcze lepiej - przybrać wyraz twarzy człowieka zagubionego i rzetelnie zrozpaczonego. Ubaw był niezły, choć istniało ryzyko oberwania pałą :)
***
I to by było na tyle - historie są prawdziwe.
Się rozpisałem... Pozostała setka historyjek i historii będzie w książce, którą kiedyś napiszę ;-)
A na deser podam Wam:
Parę dowcipów o milicjantach.
Dlaczego na sukach namalowany jest biały pas?
Żeby gliniarze mogli trafić do klamek
A dlaczego szybciej wsiadają, niż wysiadają?
Bo w środku nie ma pasa...
***
Jak ZOMO-wiec otwiera puszkę szprotek?
Otwierać! Milicja!
A jak otwiera kilku ZOMO-wców?
Otwierać! Jesteście otoczeni!
***
Ilu ZOMO-wców potrzeba do wkręcenia żarówki?
Siedmiu. Jeden stoi na stole i trzyma żarówkę. Czterech kręci stołem. Szósty biega w odwrotnym kierunku, żeby tamtym czterem nie zakręciło się w głowach. Siódmy stoi w drzwiach i pilnuje, żeby prąd do pokoju nie wszedł...
A ilu oficerów ZOMO?
Jeden. Oficer nie jest głupi i wie, że Ziemia sama się kręci!
A ilu ZOMO-wców z wyższym wykształceniem?
A kto widział ZOMO-wca z wyższym wykształceniem?!
***
Dlaczego patrole ZOMO chodzą z psem?
Bo chociaż jeden musi być po szkole...
***
ZOMO-wca ruszyło sumienie i poszedł do spowiedzi.
- Proszę księdza, zabiłem człowieka...
- w gniewie?
- Nie, w Tczewie...
***
Żona wysłała męża ZOMO-wca po karpia na Wigilię. Facet się uwinął z zakupami, ale karp rzucał się w siatce, co strasznie go denerwowało. W końcu wyjął pałę i przywalił rybie na amen. W domu żona pyta:
- Co to jest? Miał być przecież żywy!
- Eeeee... no był, ale podczas próby ucieczki wyskoczył oknem ze skutkiem śmiertelnym...
***
ZOMO-wiec w księgarni: Poproszę... eeeeee... zeszyt do trzeciej klasy i globus Gdańska...
***
ZOMO-wiec w księgarni patrzy podejrzliwie na książkę zatytułowaną "Logika" i w końcu pyta sprzedawcę - Panie, co to jest ta cała logika?
- Jak by tu panu wytłumaczyć... To są po prostu zasady logicznego myślenia, wnioskowania...
- ???
- No dobra... Powiem na przykładzie. Ma pan akwarium?
- Mam
- Czyli z tego wynika logiczny wniosek, że ma pan też rybki?
- Mam
- I pewnie dziecko, bo to dzieci kochają się w akwariach?
- Mam, dwójkę.
- No to logicznie rzecz biorąc - ma pan też żonę?
- No mam...
- Z tego płynie logiczny wniosek, że nie jest pan pedałem!
- Aaaaaachaaaa...!
Na drugi dzień tenże ZOMO-wiec zagaja do drugiego - Ty, Staszek, wiesz co to jest logika?
- Eeeeeeeee... nie... A co to jest?
- Umiejętność logicznego myślenia, chłopie! Wytłumaczę ci to na przykładzie, uważaj. Masz akwarium?
- Nie
- No to ty, Staszek, pedał jesteś!
***
Koszary ZOMO. Pluton stoi wyprężony na baczność, a plutonowy przechadza się przed frontem i w pewnym momencie pyta jednego z zomoli:
- No, szeregowy Kowalski, jak jest?
- Tak jest!
***
Zomowcy stoją na zbiórce, a plutonowy ich opieprza.
- Co jest?! Czemu tak krzywo stoicie matoły?!
- Bo Ziemia jest okrągła! - pada z szeregów.
- Kto to powiedział?! - piekli się plutek.
- Kopernik!
- Kopernik - wystąp debilu!
***
Do koszar ZOMO przychodzi telegram zawiadamiający, że szeregowemu Kowalskiemu zmarł ojciec. Dyżurny woła kaprala i klaruje - Kowalskiemu z waszej drużyny zmarł ojciec. Zawiadomcie go o tym fakcie, tylko jakoś tak wiecie - aluzyjnie, ogródkami, żeby szoku nie było.
- Rozkaz!
Kapral wchodzi na salę i wrzeszczy - Druuuuużynaa zbiórka! Ci co mają ojca - wystąp! A ty Kowalski gdzie się wp...dalasz?!
***
Zomowcom zrobiono test na inteligencję, polegający na wypełnieniu drewnianymi klockami o różnym kształcie stosownej deski z wyciętymi otworami, odpowiadającymi klockom.
Wyniki testu: 5% inteligentna. Reszta bardzo silna.
***
Końcowe P.S.
Przejrzałem wiele innych tekstów z S24, poświęconych stanowi wojennemu. Wiem, że na tle poważnych analiz, wzruszających wspomnień, słów o tych, którzy zginęli w tamtym parszywym czasie, moja notka jest trochę jak "Rozmowy kontrolowane" S. Chęcińskiego...
Ale taki stan wojenny, trochę groteskowy, montypythonowski - też był. Wkurzałem się wtedy z bezsilnej złości o wiele częściej, niż śmiałem. Przeżywałem chwile patetyczne i wzniosłe, ale i takie, które mogłyby znaleźć się w burlesce braci Marx.
Kilka razy byłem w sytuacji, w której można było stracić życie, a co najmniej zdrowie. Niezliczoną ilość razy w sytuacji, w której można było stracić wolność, nawet tę reglamentowaną, peerelowską. Miałem szczęście, na pewno. Szczęście, którego nie mieli choćby górnicy z "Wujka".
Nie obracam stanu wojennego w śmiech, w "wesołą komedię frontową". Nigdy nie wybaczę kanaliom pokroju Jaruzelskiego, Kiszczaka i gadom pośledniejszego płazu z bandy Płatnych Zdrajców Pachołków Rosji.
Uważam, że sprawiedliwy byłby dla nich tylko "świt zimowy. I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta."
[189176]




komentarze (135) skomentuj